Etihad Stadium
fot. www.mancity.com

Lisy to zwierzęta, które kojarzą się przede wszystkim ze sprytem, chciwością i chęcią zaznania swobody. Czasem bywają też zdradliwe. Dlaczego piszę o lisach? Bo to przydomek zespołu, którego piłkarze zawładnęli każdą z wyżej wymienionych cech.

Nikt nie wie i nikt poza zespołem Leicesterem nie będzie znał w 100% kulis rozstania się z klubem trenera Claudio Ranieriego. Można jedynie wysunąć własne domysły, które w zasadzie sprowadzają się do jednego. Po zwolnieniu ze stanowiska włoskiego menedżer piłkarze mistrza Anglii odnieśli dwa zwycięstwa, osiągnięte w ładnym stylu – oba wygrane po 3:1. To, co świetnie funkcjonowało jeszcze w poprzednim sezonie, ewidentnie się wypaliło, a w mediach mówi się o zgrzycie w szatni i napiętej relacji na linii drużyna – trener.

Zacznijmy od genezy, czyli od początku 2017 roku, w którym wszystko zaczęło się sypać na dobre. Leicester bardzo długo nie mógł odnieść zwycięstwa w lidze, a ogromną trudnością było samo strzelanie goli. Rok temu o tej porze Leicester zdobywał bramkę za bramką i pokonywał kolejnych rywali. Teraz? Istna misja specjalna! Co poszło nie tak?

Mimo fatalnych wyników i osunięcia się tuż nad strefę spadkową, Ranieri długo nie zmieniał swojego podstawowego składu. Przed meczem z Manchesterem United w końcu przyznał się do błędu i powiedział, że chyba zbyt długo stawiał na ludzi, którzy dali klubowi mistrzostwo rok wcześniej. To chyba właśnie wtedy coś pękło. United ograło gospodarzy 3:0. To był moment, w którym piłkarze poczuli, że musi się coś zmienić.

Włoch zdołał jeszcze poprowadzić zespół w meczach przeciwko Swansea, Millwall i Sevilli. Wszystkie spotkania zakończyły się porażką, a mecz z Millwall uznano za kompromitację. I wiecie co? Szczerze mówiąc rozumiem piłkarzy Lisów. Leicester zbyt długo żył przeszłością. Był nią zaślepiony aż do tego stopnia, że nie zauważono niebezpieczeństwa spadku z Premier League. Ranieriemu skończyły się już pomysły, spuchła jego magia z zeszłego sezonu. Klub ewidentnie potrzebował świeżej krwi, która obudziłaby zespół. Lisy zaznały pragnienia wolności.

Uważam, że decyzja o zwolnieniu najlepszego trenera 2016 roku była słuszna. Klub potrzebował totalnej rewolucji, aby coś drgnęło – padło na trenera.

Nikt nie odbierze Ranieriemu tego, co dokonał, ale konieczna była zmiana punktu widzenia i myślenie racjonalnymi kategoriami: Przecież z nim na ławce zaraz spadniemy. Choć poszukiwania nowego szkoleniowca jeszcze trwają, to pojawiły się gole, a co za tym idzie także zwycięstwa. A wszystko to pod wodzą dotychczasowego asystenta, Craiga Shakespeare’a. 

Lisy dopięły swego. Przestały się kisić, wyszły na wolność i pod wodzą dotychczasowego asystenta (pytanie czy konieczna jest kolejna zmiana trenera) odprawiły z kwitkiem swoich rywali. W całej akcji zwolnienia Ranieriego pokazały również swoją naturalną cechę – były zdradliwe. Wykonały spisek mający na celu pozbycie się człowieka, który był dotychczasowym zarządcą. Ale przecież gdzieś trzeba było popełnić grzech.