Manchester City stadion 2
Shutterstock/ph.FAB

Pep Guardiola spakował swoje rzeczy i zamknął za sobą drzwi na Etihad, a na jego miejsce wkracza Enzo Maresca – człowiek, który ma przed sobą misję godną sapera rozbrajającego ładunek na ruchliwym skrzyżowaniu. Włoski szkoleniowiec podpisał trzyletni kontrakt i w teorii ma wszystko, by kontynuować dzieło swojego mentora, ale rzeczywistość potrafi uderzyć w twarz mocniej niż niespodziewana podwyżka czynszu. Największy ból głowy nowego trenera sprowadza się do jednej osoby, która trzyma w rękach klucze do całego projektu. Chodzi o Rodriego.

Jeśli wrócimy myślami do niedawnego półfinału Mistrzostw Świata, w którym Hiszpania bezlitośnie odprawiła Francuzów – a ten mecz to była absolutna profesura w wykonaniu pomocnika – przed oczami staje obraz gościa kontrolującego czas i przestrzeń. Rodri biegał po murawie jak zmęczony życiem wykładowca, który z zamkniętymi oczami potrafi wskazać błędy w pracy dyplomowej studenta. Nic dziwnego, że kibice analizujący Premier League zakłady bukmacherskie przed startem nowego sezonu drapią się po głowach i zaczynają poważnie powątpiewać w obronę mistrzostwa. W efekcie otrzymujemy potężną dawkę niepewności w klubie, który do tej pory kojarzył się wyłącznie ze stabilnością.

 

Zasada Guardioli kontra brutalna rzeczywistość

Z drugiej strony Manchester City przez lata budował swoją potęgę na jednej, twardej regule: jeśli nie chcesz tu grać, droga wolna. Bez żalu żegnano graczy wybitnych, zgadzając się na transfery takich postaci jak Ferran Torres, Julian Alvarez, Aymeric Laporte oraz Riyad Mahrez. Wszyscy dostali zielone światło, bo klub nie tolerował obrażonych twarzy w szatni.

No dobra, ale puszczenie Rodriego w tym momencie, na rok przed końcem kontraktu, byłoby czystym szaleństwem. Real Madryt krąży wokół niego jak sęp nad padliną, a sam zawodnik unika deklaracji, co stawia dyrektora sportowego pod ścianą.

Zamiast nerwowo szukać na rynku kogokolwiek, kto potrafi prosto kopnąć piłkę, City musi po prostu zaryzykować i przetrzymać Hiszpana. Jeden sezon z Rodrim w formie – nawet jeśli za rok miałby odejść zupełnie za darmo – da Maresce bezcenny czas na zapuszczenie korzeni. Jeśli go sprzedadzą, zostaną z workiem gotówki, ale i z gigantyczną dziurą w środku pola, której nie da się zasypać obietnicami czy młodymi talentami.

 

Szatnia, w której hula wiatr

Sytuacja jest o tyle poważna, że Maresca przejmuje zespół po gigantycznej zmianie warty. Z ekipy, która pod wodzą Włocha – gdy ten asystował jeszcze Pepowi – sięgała po potrójną koronę, w klubie została już tylko garstka weteranów: Dias, Ake, Lewis, Rodri, Foden i Haaland. Cała reszta to albo nowe nabytki, albo piłkarze, którzy myślami są już na sportowej emeryturze w ciepłych krajach. John Stones i Bernardo Silva pakują walizki, a przyszłość kilku innych kluczowych graczy wciąż wisi na włosku. Włoch musi stworzyć nową tożsamość drużyny, mając na głowie oczekiwania tak ogromne, jak kolejki do kasy w dyskoncie przed długim weekendem.

Hiszpański pomocnik to gwarancja, że ta cała prowizorka nie runie przy pierwszym silniejszym podmuchu wiatru w deszczowe popołudnie. Trzymanie go w składzie to jedyna rozsądna opcja, by nowy szkoleniowiec mógł w ogóle marzyć o walce o najwyższe cele. Bez niego ten projekt może rozpaść się szybciej, niż kurier dowiezie zimną pizzę w piątkowy wieczór.