Gabriel Jesus
fot. www.mancity.com

Sobota była niezwykle udana, przynajmniej dla kibiców Manchesteru City. Piłkarze mistrzów Anglii pewnie dopisali sobie 3 punkty wygrywając z Arsenalem aż 5-0. Gole Torresa (2), Gundogana, Rodriego oraz Gabriela Jesusa zapewniły wygraną w sobotnie popołudnie. 

Grę The Citizens można było oglądać z przyjemnością, czego dowodem były uśmiechy kibiców na trybunach. Zapewne wielu z nas miało zadowolone miny przed telewizorami. Spójrzmy na ten mecz jednak nieco inaczej. Patrząc głębiej, poza wynik, okoliczności itp. – jakie wnioski można wyciągnąć z tego spotkania?

Hiszpańska pałeczka przekazana.

Ten mecz był na swój sposób historyczny. Z jednej strony – dwóch przyjaciół po przeciwnych stronach barykady przy ławkach trenerskich. Pep Guardiola kontra Mikel Arteta. Mistrz kontra uczeń. Były asystent naszego zespołu przyjechał na stare śmieci, ale z pewnością nie osiągnął takiego wyniku, jaki planował. Z drugiej strony – przed meczem odsłonięto pomniki Davida Silvy oraz Vincenta Kompanego. Obie rzeźby stoją przed Etihad Stadium i przypominają legendy złotych czasów ekipy The Citizens. Na swój pomnik z pewnością tym meczem zapracował Ferran Torres. Strzelił dwa gole, zaliczył asystę i potwierdził to, o czym Pep mówił już po meczu z Newcastle w maju: że może być nominalną dziewiątką Manchesteru City. Katalończyk po spotkaniu z Kanonierami wspominał, że nie klub nie zamierza kupować nowego napastnika. Bo po co, skoro ma Choćby Ferrana Torresa? Wydaje się, że tego powinniśmy się nauczyć po meczach z Norwich i Arsenalem. Po Davidzie Silvie, hiszpańskim magiku, który czarował latami na Etihad, zostały już tylko piękne wspomnienia oraz pomnik przed stadionem. Nie jest jednak powiedziane, że to koniec świetnych występów Hiszpanów w Manchesterze City i tego dowodzi Ferran Torres. Wnioski są proste: pałeczka magików z półwyspu iberyjskiego została przekazana kolejnemu magikowi, a Ferran ma potencjał, by być podstawowym napastnikiem City. Vamos!

Ofensywa lepsza niż przed rokiem

Początek poprzedniego sezonu to niezbyt przyjemny czas dla kibiców City. O ile 12 miesięcy temu była mowa o tym, że nigdy jakakolwiek ekipa Guardioli nie zaczęła sezonu tak słabo pod względem liczb ofensywnych, jak ta w poprzednim sezonie, o tyle teraz nie mowy o powtórce. 10 goli w 3 meczach, z czego 10 w ostatnich dwóch. Trzeba wliczyć, że City gra bez Kevina De Bruyne czy Phila Fodena, którzy są postaciami kluczowymi w ofensywie. Nawet bez tych dwóch magików drużyna z Etihad gra wybitnie i składa się na to kilka czynników. Jack Grealish gra tak, jak w Aston Villi, Gabriel Jesus dostał skrzydeł na skrzydle, zaś choćby Kyle Walker jest bardziej zaangażowany w ofensywę niż kiedykolwiek. Warto także wiedzieć, że graliśmy ostatnie dwa mecze z – prawdopodobnie – na ten moment dwoma najsłabszymi drużynami w lidze. Cyfry jednak nie kłamią – największe xG w lidze jest odzwierciedleniem gry w ofensywie City. A ta jest najlepsza w lidze, zaś mecz z Tottenhamem trzeba traktować jako wynik późnego powrotu do treningu wielu graczy. O słabym ofensywnym początku sprzed roku nie powinno być mowy i to powinniśmy sobie zapisać jako drugi wniosek.

Nie sądźmy dnia przed zachodem słońca

Oczywiście, mamy 6 punktów, oczywiście mamy 10 goli. Ostatnie trzy mecze domowe to wyniki 5-0, 5-0, 5-0. Wygrana z ekipą Arsenalu pięcioma bramkami to coś, co warto pamiętać. Świetna forma ofensywy, tylko jeden gol stracony. Wszystko wygląda pięknie poza porażką z Tottenhamem, ale ją można wytłumaczyć brakiem treningów wielu graczy. Nie zmienia to jednak faktu, że graliśmy – jak już wspomniałem wyżej – z dwoma najgorszymi ekipami w lidze. Norwich i Arsenal wyglądają beznadziejnie, więc formalnością powinno być wbicie im po 5 goli u siebie. I apeluję, byśmy jako formalność to traktowali. Znamy siłę naszego zespołu, ale najciężsi rywale dopiero nas czekają. Wiemy, jak wygląda grupa City w Lidze Mistrzów – PSG i RB Lipsk to ekipy topowe. W dodatku po przerwie reprezentacyjnej czekają nas starcia z Leicester, Chelsea oraz Liverpoolem, czyli trzema poważnymi graczami w Premier League. Dwa z tych zespołów to konkurenci The Citizens w walce o tytuł. Dlatego też cieszmy się z wygranej nad Arsenalem, bo czemu nie? Ale miejmy też z tyłu głowy, że sezon dopiero się zaczyna i największe wyzwania dopiero przed nami. Bo nie mecz z Norwich będziemy wspominać latami, a starcia z Chelsea i Liverpoolem. I oby w meczach z tymi rywalami też były takie wyniki jak w sobotnim starciu z ekipą Artety!

Oby tak dalej

Po tym meczu Manchester City, przynajmniej na chwilę, wskoczył na pozycję lidera Premier League. Ferran wygląda świetnie jako dziewiątka, podobnie jak cała ofensywa i gra zespołu na połowie rywala. Trzeba jednak pamiętać, że najpoważniejsze wyzwania przed nami – starcia nie z Norwich czy Arsenalem, a PSG, Liverpoolem czy Chelsea powiedzą nam prawdę o zespole Manchesteru City w tym sezonie i rozwieją lub wzbudzą wątpliwości wokół drużyny Pepa. Jednak tego popołudnia wszystko wyglądało idealnie i pozostaje tylko mieć nadzieję, że podobnie będzie przez cały sezon.

Źródło: www.manchestercity.pl